Bingi.pl

Rodzice nie zawsze mówią jednym głosem

Depresja poporodowa? Baby blues?

Ola

Po porodzie, tuląc swojego synka po raz pierwszy w życiu czułam się wspaniale. Byłam nakręcona, naładowana energią, pełna optymizmu i radosnej miłości do Bingiego. Nic nie było wstanie popsuć mojego szczęścia…

Ból przy karmieniu? Pikuś! Przecież syn taaak słodko je.

Nieprzespana cała pierwsza po porodzie noc na pięcioosobowej sali? No problemo! Przecież ja mogę nie spać tydzień!

Pierwszy nawał mleka? Jest super!! To znaczy, że laktacja ruszyła!

Cztery nieprzespane doby później o 3:30 płakałam z wyczerpania, oparta o dyżurkę położnych, błagając je, żeby wpuściły mojego męża i przeniosły mnie do płatnej jedynki.

Dziecko kobiety, z którą leżałam w pokoju darło się non stop budząc Bingiego i korowód ich ciągłego napędzającego się płaczu dudnił mi ciągle w uszach. Mleko nie chciało wypływać. Dostałam zapalenia piersi. Bingi darł się z głodu a ja płakałam nad nim z bezsilności.

Byłam gotowa oddać syna położnym na przechowanie na parę godzin. Marzyłam tylko o tym, żeby chociaż na pół godziny zmrużyć oczy i uciec wreszcie z tego cholernego szpitala. Zwłaszcza, że siedziałam w nim już wcześniej, na patologii ciąży dwa tygodnie…

Wyjść ze szpitala nie mogliśmy, bo młody miał żółtaczkę a poziom bilirubiny za wolno spadał. Jedyne co mogło mnie uratować od postradania zmysłów to ten indywidualny pokój. Wymarzona, płatna jedynka.. Kochana położna, widząc w jakim jestem stanie, zlitowała się nade mną i przeniosła poza kolejką do hotelowej części szpitala.

Tamtej nocy dotarło do mnie po raz pierwszy, że będzie ciężko. Że macierzyństwo jest hardcorowym wysiłkiem. Zapieprzem na pełen etat. I do tej pory pamiętam, że ja wtedy jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że ten hardcore minie. Miałam wrażenie, że tak będzie już zawsze. Co z tego, że wszyscy mówili, że pierwsze trzy miesiące są najgorsze a potem będzie lepiej? TRZY MIESIĄCE? Trzy miesiące niespania? Bólu? Wrzasków? Po co? Dlaczego? Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? To były moje myśli i emocje tamtej okropnej nocy.

Po przeniesieniu do jedynki, rano, z mężem przy boku czułam się już lepiej. Znowu zaczynała mnie napełniać ta dziwna, narkotyczna energia. I tak było przez kolejne dwa i pół miesiąca – nawiedzały mnie ciągle zmieniające się nastroje. I to nie jeden po drugim, tylko wszystkie naraz. Bezgraniczna miłość i przywiązanie do dziecka. Złość i bezsilność podczas nieprzespanych nocy. Pierwotna potrzeba bycia ciągle przy nim. Rozdrażnienie związane z brakiem doświadczenia. Pewność, że instynkt mnie nie zawodzi. Wszystkie te emocje były sprzeczne, wszystkie strasznie silne.

Najdziwniejsze było to poczucie jedności, współistnienia z synem. Tak jakby mój mózg nie zajarzył, że już nie jestem w ciąży. Dosłownie. Miałam problem, żeby w spokoju się wykąpać. Wszystko co nie dotyczyło Bingiego, robiłam w jakiejś dziwnej mgle, w pośpiechu i z konieczności. Z jednej strony marzyłam o chwili dla siebie. Z drugiej tęskniłam do syna po chwili rozłąki.

Postanowiłam spisać te odczucia, póki ich nie zapomnę. Domyślam się, że przy kolejnej ciąży już nie będę przeżywać tych stanów, bo wiem, co czeka na mnie po tych pierwszych kilku strasznych tygodniach. Wiem, że cała ta zainwestowana na początku energia wróci do mnie w pierwszym uśmiechu dziecka. W pierwszych przytuleniach i świadomych spojrzeniach podczas karmienia. Wiem, że warto być mamą.

Wiem też, że ja poradziłam sobie z tymi emocjami dzięki ogromnemu wsparciu ze strony Michała, naszych rodziców, przyjaciół. Gdyby nie oni, gdybym była z tym wszystkim sama, to na pewno weszłabym w macierzyństwo w głębokiej depresji i smutku. Jak nasze matki radziły sobie z tym wszystkim same, po okropnych nieludzkich porodach w PRLu, nie mam pojęcia… ale tym bardziej je teraz doceniam i podziwiam!

Myślę, że warto otwarcie mówić o tych trudnych początkach, bo polukrowane macierzyństwo, sprzedawane nam wszędzie, w reklamach, filmach a nawet przez inne mamy, jeszcze bardziej frustruje te z nas, które dopada na początku baby blues. A Wy? Czy Wy też tak miałyście, czy czułyście się tak chaotycznie jako świeżo upieczone Mamy? Czy dopadł Was ten osławiony baby blues, na który nie da się zawczasu przygotować?

Michał

Napiszmy notkę o depresji poporodowej – zaproponowała Ola. Ok. Więc siedzę już trzecią godzinę i zastanawiam się co na ten temat mogę powiedzieć. Prawdopodobnie równie niewiele jak o kolce.

Depresja poporodowa…

Czasem jest. Ale u nas…? Czy u nas była? U mnie na pewno nie. U Oli…? Hm. To ten trudny moment, analogiczny do chwili w której jesteś zapytany o zdanie, wiesz, że różni się od tego co myśli Twoja żona, a ona oczekuje, że w swojej wypowiedzi ją wesprzesz. I patrzy na Ciebie TYM wzrokiem.

Ponieważ sam nie miałem poporodowej depresji, nie mogę jednoznacznie stwierdzić jakie są jej objawy, więc ze stuprocentową pewnością nie mogę także stwierdzić, czy Oli się ona przytrafiła. Miałem jakąś tam świadomość jak to wygląda i spodziewałem się, że Ola będzie potrzebować mojego wsparcia w różnych momentach. Dlatego bacznie ją obserwowałem i w chwilach gdy mówiła „ZABIERZ GO!” po prostu wiedziałem, że przyszedł mój czas na zajęcie się małym Bingim. Więc zajmowałem się nim w tych momentach. Wiedziałem też, że muszę ją odciążać we wszelkich kwestiach, w których tylko mogę. Więc w miarę możliwości starałem się wykonywać większość prac domowych.

W sumie każdy świeżo upieczony partner świeżo upieczonej mamy powinien wiedzieć, że wspieranie tej świeżo upieczonej mamy to działanie w dużej mierze także dla jego dobra.

Pierwsza drzazga niemowlaka

Michał

No i stało się. Pierwszy raz Bingi wbił sobie drzazgę. W sumie to całe stada drzazg. Nie liczyłem ile dokładnie, ale było ich ze dwadzieścia. Mniejsze, większe, całe szczęście nie weszły bardzo głęboko, ale były. Bingi zaczął raczkować i uciekł Oli na chwilę w kawiarni, w której była drewniana podłoga. No więc siedzieliśmy i patrzyliśmy na te drzazgi zastanawiając się co dalej.

Prognozy raczej pesymistyczne. Ja będąc siedmiolatkiem nie dałem sobie wyjąć drzazgi z dłoni przez tydzień, odmawiałem pójścia do lekarza a jak rodzice straszyli, że dostanę zakażenia to powiedziałem, że OK. Jak się za mnie w końcu zabrali to uciekałem po całym mieszkaniu, więc musieli mnie złapać i obezwładnić (mama trzymała za nogi, ojciec przygniótł tułów). Cały blok zapamiętał ten wieczór na długo, bo krzyczałem ile sił w płucach „Ratunku! RATUNKUUUUU!!!!!”. A Bingi miał drzazgi i dłoniach i w stopach.

Musieliśmy go zwieść. Wieczorem, po kąpieli po raz pierwszy włączyliśmy mu bajki dla niemowląt. Zainteresowało go to, więc chwilę wytrzymał, ale przy czwartej drzazdze tak musiało go już boleć, że zaczął się wyrywać. Najpierw delikatnie zabierał rączkę, później desperacko usiłował zwiać. W dzikim wrzasku wyjęliśmy tyle ile się dało i odpuściliśmy, żeby odpoczął przez noc. Przed następną turą, rano, przykleiliśmy mu znieczulający plaster dla niemowląt. W połączeniu z bajkami to był strzał w dziesiątkę. Znieczulił Bingiego na tyle, że mogłem szybkimi ruchami wyjąć pozostałe drzazgi a nam zostało oczekiwanie na zagojenie ranek. Swoją drogą nigdy nie przypuszczałem, że z taką szybkością i precyzją mogę operować igłą… Trzymam za Was kciuki jak staniecie w obliczu swojego testu. Oby jak najpóźniej.

Ola

„Siedzenie” z dzieckiem w domu bywa bardzo męczące. Tak właściwie, to nie mam pojęcia, co za ignorant wymyślił to określenie ale muszę przyznać, że zanim zostałam mamą, sama tego sformułowania używałam.

Dawna, naiwna, nieświadoma Olu – z dzieckiem w domu się nie SIEDZI. Za dzieckiem się biega, z dzieckiem się raczkuje, tańczy i bawi, dziecku się gotuje, pierze, czyta, śpiewa i opowiada, przed dzieckiem też się chowa i wrzeszczy „Akuku” wyskakując zza szafy. A jak się dziecko zmęczy to się je usypia. Nie siedząc. Nosząc je. No chyba, że ma się to dziecko z reklamy co samo zasypia jak się mu przyłoży misia szumiącego do ucha. I jeszcze się do misia przytula i tak śpi dwie godziny i nic go nie budzi. Jak się ma takie dziecko, to może rzeczywiście można chwilę przy nim posiedzieć…

Co to wszystko ma do drzazg? Otóż właśnie przez to energiczne usposobienie naszego syna doszło do drzazgowego incydentu…

Żeby nie zwariować od „siedzenia” z Bingim w domu, jak tylko pogoda na to pozwala, wychodzę z nim na dwór. Bywa, że chodzimy po Bielanach cały długi dzień, spotykając się w parkach, kawiarniach i klubikach z innymi energicznymi niemowlakami i ich wymęczonymi mamami. Przez większość lata Bingi szalał sobie beztrosko na trawce. Zdarzyło się jednak, pewnego pięknego, sierpniowego dnia, że zapragnęłam KAWY. Obrałyśmy zatem z koleżanką kierunek najbliższej kawiarni, przed którą był piękny, wielki, drewniany podest, w sam raz do raczkowania…

Nie mam pojęcia kiedy, ani jak to się stało, ale mojemu ośmiomiesięcznemu wówczas synkowi wbiło się na tym cudownym podeście chyba ze dwadzieścia drzazg. Przecież zanim go puściłam na ten taras, sprawdziłam dokładnie czy jest bezpieczny i uznałam, że jest świetnie przystosowany do harców niemowlaka. Bingi znalazł jednak jedyny fragment podestu, który nie był idealnie wykończony… Jedno jest pewne – jak zobaczyłam jego rączki, miałam ochotę się popłakać.

Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że przez moją głupotę zdarzyła się ta sytuacja i że przeze mnie syn przeżył katusze przy wyciąganiu tych cholernych drzazg z rączek i nóg. Zapewne w naszym rodzicielskim życiu jeszcze tysiąc razy będziemy musieli cierpieć, patrząc, jak nasze dziecko robi sobie krzywdę. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszędobylstwo i temperament naszego małego Bingiego… Jednak mam wielką nadzieję, że już nigdy więcej moje gapiostwo nie będzie przyczyną jego płaczu.

Na wakacje z niemowlakiem

Michał

Dobrze pamiętam ostatni urlop zanim Bingi pojawił się na świecie. Październik. Białowieża. Nie wiedzieliśmy co za kilka miesięcy nas czeka, więc chcieliśmy żeby ostatni urlop był wyjątkowy. Pogoda zapowiadała się świetnie, miało być w miarę ciepło i słonecznie. Planowaliśmy dużo spacerów i relaksu. Basen, dobre jedzenie. Sauna.

Otóż… Pierwszego dnia dostałem z pracy zlecenie na wczoraj, w związku z tym sauna przestała być opcją a basen pamiętam tylko z „Michał! Tu śmierdzi chlorem! Zaszkodzi dziecku!” – czyli przenosin do innego pokoju. Na spacery wychodziliśmy ciepło ubrani bo pogoda nas zaskoczyła a ich długość wyznaczała sapiąca Ola. Jedzenie za to doskonałe.

Świadomość obecności Bingiego jest u mnie tak silna, że praktycznie nie pamiętam jak wyglądało nasze życie zanim do nas dołączył. A ten ostatni wyjazd pamiętam bardzo dobrze i wspominam go bardzo dobrze. Każdą jego część. I myślę, że na pierwszy urlop z dzieckiem warto wybrać się jeszcze w brzuchu mamy (u nas była to połowa trzeciego trymestru). Polecam to wszystkim Wam, którzy jeszcze mogą. Będzie to swego rodzaju urlopowa „pierwsza runda” z dzieckiem i niepowtarzalny moment, żeby nacieszyć się tylko sobą, po raz ostatni.

P.S. Trochę zboczyłem z tematu, ale to dlatego, że z pewnością Ola go wyczerpie :).

Ola

Nasz plan na przetrwanie drogi nad morze był następujący:

  • wyruszyć w trasę podczas pierwszej drzemki syna,
  • przejechać w tym czasie możliwie jak największy dystans,
  • po obudzeniu się Bingiego, zrobić półtoragodzinną przerwę na hasanie i jedzenie,
  • zmęczyć go hasaniem, tak, żeby ruszyć na jego następną drzemkę.

Jako przenośne pole do pełzania dla Bingiego wzięliśmy nasz gigantyczny koc izolowany od spodu folią. Swoją drogą, taki koc z termoizolacją bardzo przydaje się przy pełzająco raczkującym dziecku i w ciągu tego lata wielokrotnie ratował nas z opresji.

Ale wracając do tematu… Daliśmy radę, przeżyliśmy, jednak następnym razem pojedziemy na urlop po prostu nocą. Nawet jeśli oznaczałoby to stratę jednego dnia urlopu.

Pierwsza drzemka syna wypadła świetnie – zasnął od razu po tym jak ruszyliśmy i obudził się po dwóch godzinach. Zatrzymaliśmy się jak już nie dawał rady wysiedzieć w foteliku i rozłożyliśmy mu koc na trawce. Sielanka trwała aż do powrotu do samochodu.

Wtedy zaczął się prawdziwy koszmar podróży samochodem z siedmiomiesięcznym dzieckiem. Po pół godzinie jazdy z marudzącym Bingim skończyły mi się wszystkie atrakcje, które przygotowałam na tę okoliczność. Nowe gryzaki zostały odrzucone, chrupki kukurydziane rozgniecione, woda wylana na głowę a pusta butelka (ulubiona w tamtym momencie zabawka syna) zgnieciona i powykręcana waliła miarowo w szybę. Niestety nawet uderzanie butelką nie poprawiało humoru Bingiemu.

Kiedy stanęliśmy w korku, wiedziałam, że od totalnej histerii dzielą nas minuty. Ku uciesze współkorkowiczów musiałam rozpocząć performance pt. „Mama karmi piersią dziecko siedzące w foteliku”. Nie polecam, zwłaszcza jeśli macie problemy z kręgosłupem… albo krótką sukienkę.

Gimnastyka z fotelikiem poskutkowała, w końcu Bingi zasnął i jakoś udało nam się dojechać do celu. Kąty Rybackie przywitały nas cudownym brakiem tłumów, przepięknym nadmorskim lasem i szeroką czystą plażą. Trafiliśmy przez zupełny przypadek do rewelacyjnego ośrodka, gdzie spaliśmy w uroczym zrewitalizowanym drewnianym dworku z lat 30tych. Na pewno tam wrócimy!

Kolka niemowlęca

Michał

Tuż po urodzeniu Bingiego byłem przekonany, że problem kolek niemowlęcych nie będzie naszym problemem. W sumie do tej pory nie mogę powiedzieć czy wiem co to kolka. Żadne źródła nie wyjaśniają do końca tego zjawiska. Po prostu jest albo jej nie ma.

Pisaliśmy o nocnym zwyczaju Bingiego patrzenia w sufit. Poza tym przez pierwsze dwa i pół miesiąca miał inną przypadłość – wycie. Zaczynało się zazwyczaj między 19 a 21 i trwało około godziny, czasami dwóch. Noce na kanapie to nic w porównaniu z tym jak dziecko nieprzerwanie płacze przez długi czas. W pierwszym odruchu człowiek zapoznaje się ze wszystkimi poradnikami, następnie próbuje okładów z termoforu, masuje brzuszek dziecka, nosi, śpiewa. W naszym wypadku żadne metody nie pomagały. Płacz jak się nagle pojawiał tak znikał. Nie byliśmy w stanie nic z tym zrobić.

To powodowało pojawienie się u mnie skrajnych uczuć. Z jednej strony bardzo chciałem pomóc Bingiemu, z drugiej koszmarnie frustrowałem się tym, że nie umiem. Czasami winiłem siebie, czasami jego. W tym drugim wypadku miałem później dodatkowe wyrzuty sumienia, bo przecież nie robił tego złośliwie. Po prostu coś mu dolegało. Zdarzało mi się oddawać Bingiego Oli mówiąc – „ZABIERZ GO! Nie wytrzymam.” Musiałem wtedy każdorazowo wyjść z pokoju, żeby się uspokoić.

Nawet teraz, kiedy przypominam sobie te chwile, nadal dostaję szczękościsku. Mężczyźni nie mają tej supermocy, którą obdarzone są mamy. A przynajmniej ja jej nie mam… Dużo szybciej kończy mi się cierpliwość niż Oli. Myślę, że w tych ciężkich chwilach powinno się doceniać swoje drugie połowy – one w jakiś przedziwny sposób w tych kryzysowych chwilach po prostu nie pękają.

Ola

Jak już wspominałam Bingi darł się przez pierwsze dwa miesiące nieustannie. Wszyscy dookoła mówili nam, że to przez kolki albo przez bąki albo że ja coś zjadłam i go brzuszek boli. No cóż, jedno jest pewne – na te wszystkie dolegliwości pomogła chusta.

Przy następnym dziecku nie będę tak długo zwlekała z rozpoczęciem chustowania. Biedny Bingi przez osiem tygodni wrzeszczał, bo my baliśmy się, że uszkodzimy mu bioderka. Nie mieliśmy zaufania do samych siebie, że poprawnie go do siebie przymocujemy.

Moja rada dla przyszłych rodziców: jeśli chcecie mieć genialne, naturalne i zupełnie nieinwazyjne narzędzie w walce z noworodkowymi „kolkami”, idźcie jeszcze przed porodem na kurs wiązania chusty. Tam nauczycie się jak robić to bezpiecznie dla kręgosłupa i bioderek bobasa. Myślę, że to powinien być obowiązkowy element szkół rodzenia! Oswójcie się z tematem. Potestujcie różne nosidełka i chusty. Hmmmm… a może poproście Waszych przyjaciół, którzy mają już w tej dziedzinie jakieś doświadczenie, żebyście mogli na próbę zawiązać w chuście ich bobasa…? My byśmy się na taką propozycję nie obrazili! 🙂

Noworodek nie śpi w nocy

Michał

Pojawienie się dziecka w domu zmienia praktycznie wszystko. To ono dyktuje warunki. Na pierwszy ogień idą dotychczasowe nawyki rodziców. Początkowo próbuje się z tym walczyć ale kolejne nieprzespane noce z rzędu znacznie zmniejszają upór, aż w końcu człowiek poddaje się woli małego Bingiego.

Co rodzic to inna historia, niektórzy mają szczęście bo ich malutkie dzieci przesypiają całą noc. Pamiętam dokładnie ten pierwszy raz gdy syn zasnął na moich rękach pewnego późnego popołudnia. Byłem tak szczęśliwy, że chciałem żeby ta chwila trwała wiecznie. Patrzyłem na niego zachwycony, potem przerażony sprawdzałem czy oddycha, a jak się przekonywałem, że tak, znów mogłem cieszyć się tą wyjątkowa chwilą.

Kilka dni później siedzieliśmy razem na kanapie. O trzeciej w nocy, albo nad ranem. Zaczynałem rozumieć, że Bingi nie jest typem, który będzie sypiał nocami. Ze wspomnianej radości nie został ślad. Nie wierzyłem, że syn może mi to robić. Kolejną noc z rzędu. Siedzimy razem, ja muszę rano wstać do pracy, jest trzecia nad ranem a on gapi się w sufit. ILE MOŻNA GAPIĆ SIĘ W SUFIT?!? – zapytacie. Można. Jak się ma przestawiony, a właściwie nieustalony rytm dnia i nocy to można się przed siebie gapić przez noc a za dnia spać jak aniołek.

Pierwsze noce to frustrująca sprawa. Potem zakładasz sobie podział – kilka godzin w nocy Ty, kilka godzin Żona. I musisz wymyślić sobie jakieś zajęcie w czasie gdy wypada Twoja warta. Ja słuchałem ulubionych utworów i cicho nuciłem je Bingiemu albo…grałem w FIFĘ na konsoli. Czasami siedzieliśmy w milczeniu i wspólnie patrzyliśmy w sufit aż wspólnie nie zasnęliśmy lub Ola nie przyszła mnie zmienić. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że jedyną rzeczą jaką trzeba wiedzieć gdy twój noworodek nie śpi w nocy jest to, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. To ciężki moment, u niektórych trwa krócej, u innych dłużej, ale mija. Warto o tym pamiętać o trzeciej nad ranem na kanapie.

Ola

Pierwsze dwa miesiące życia Bingiego nie były łatwe. Ani dla niego ani dla nas. On płakał prawie cały czas a my ledwo trzymaliśmy się na nogach ze zmęczenia.

W dzień, kiedy nie spał, Bingi głównie wył z bólu brzuszka. Natomiast w nocy uparcie gapił się w sufit z szeroko otwartymi oczami. Oczywiście tylko trzymany na rękach, bo odkładany do łóżeczka płakał w niebogłosy.

Czy musiało być tak ciężko? I czy da się jakkolwiek wyregulować sen noworodka?

Otóż owszem, z perspektywy czasu wiem,  że mogło być nam znacznie lżej, mimo, że według mnie nie ma absolutnie żadnego skutecznego sposobu na ustawienie snu niemowlęcia.

Najważniejsze to WYLUZOWAĆ się, OBSERWOWAĆ dziecko, NIE SŁUCHAĆ żadnych złotych rad typu „musisz uczyć go zasypiania w łóżeczku”. Grunt to podporządkować się instynktom noworodka i powtarzać sobie „TO MINIE”. Dla mnie to było właśnie  najtrudniejsze – żeby przestać kontrolować sytuację.

Noworodek komunikuje się tylko płaczem, co jest frustrujące i dla niego i dla każdego przejętego rodzica. Jeżeli płacze, to nie dlatego, że chce „wymusić” noszenie, tylko dlatego, że się boi. Boi być sam. Nigdy nie mogłabym zostawić płaczącego dziecka, żeby się wypłakało ale próbowałam stosować inne, niby ułatwiające życie, metody uspokajania Bingiego.

Tracy Hogg i jej klepanie w plecki nie sprawdziło się zupełnie. Być może istnieją dzieci podatne na jej metody ale u nas skończyło się moim płaczem nad płaczącym Bingim… Michałowi udało się uśpić Bingiego zgodnie z zaleceniami Tracy Hogg jeden raz. Otulanie w otulaki też nie dawało żadnych rezultatów. Szumiący miś ewidentnie wkurzał Bingiego, bo próbował zawsze zagłuszać go wrzaskiem.

Jedyną rzeczą, która niezawodnie uspokajała naszego syna była pierś. A jedynym miejscem, na którym spokojnie spał w nocy, były nasze brzuchy. I to nie gdziekolwiek. Tylko w jednym konkretnym miejscu w mieszkaniu. Musieliśmy kłaść się na kanapie pod odpowiednim kątem i układać Bingiego na sobie brzuszkiem do brzucha. Trwało to dwa pełne miesiące. Potem coraz częściej Bingi zapadał w kamienny sen na rękach i można było odłożyć go do łóżka.

Także, jeśli masz właśnie na rękach rozbudzone niemowlę, próbowałaś/eś wszystkich znanych metod „skutecznego” usypiania i jest trzecia nad ranem a Ty myślisz, że już dłużej nie dasz rady, to:

1) weź głęboki wdech,

2) powtarzaj sobie „to minie, on zaraz z tego wyrośnie”,

3) poddaj się instynktowi dziecka, nie próbuj go wychowywać, bo to tylko zwiększa frustrację,

4) bez poczucia winy, że go do tego przyzwyczaisz: noś noworodka (najlepiej w chuście, żeby Ci ręce nie odpadły), pozwól mu spać na sobie i czerp z tej bliskości przyjemność… pamiętaj TO NIEDŁUGO MINIE!!! (i może nawet będziesz kiedyś za tym tęsknić)

5) w dzień śpij z dzieckiem, nie gotuj, nie prasuj, nie sprzątaj – w miarę możliwości znajdź kogoś kto Cię w tym wyręczy przez te najtrudniejsze pierwsze miesiące

6)wyobraź sobie, że już za chwilę Twoje dziecko uśmiechnie się do Ciebie) i wynagrodzi wszystkie nieprzespane godziny.

DASZ RADĘ!!!

Poród

Michał

Różne rzeczy słyszałem o wspólnych porodach. Że straszne. Że magiczne. Że nic wielkiego.

  • Nie będziecie rodzić razem? – zapytał mój znajomy.
  • Będziemy, czemu nie? – odpowiedziałem.
  • Moim znajomi rodzili razem, on się napatrzył i tak straumatyzował, że coś w nim pękło i nie podchodzi już do swojej żony tak jak przed porodem. Wspólny poród zakończył ich pożycie.

O rany… To jeżeli wspólny poród ma zakończyć nasze pożycie to może jednak zrezygnować? Tylko jak to powiedzieć Oli? Nasza decyzja o wspólnym porodzie nie wynikała z obopólnego pragnienia by być tam razem a raczej z tego, że to ona odczuwała taką potrzebę. Powiedziałem, że jeżeli jej będzie tak lepiej, będę z nią.

Ale wracając do zrujnowanego pożycia. Chwila moment. Przecież nie musisz TAM patrzeć w trakcie. To nie Tobie proponują dotknięcie główki. Wszystkie te straszne rzeczy, które sobie wyobrażasz nie przytrafią się Tobie, tylko Twojej partnerce/żonie/dziewczynie. Ty po prostu możesz tam przy niej być, jeżeli Cię potrzebuje. Więc i ja byłem. Trzymałem za rękę, podawałem tlen (Bingi był bardzo ruchliwy w brzuchu i dwukrotnie okręcił sobie pępowinę wokół szyi – o tym, że było niebezpiecznie dowiedzieliśmy się już po porodzie). Nie patrzyłem. Trzymałem ją za rękę i asystowałem w takim wymiarze w jakim mogłem.

Kobieta w trakcie porodu znajduje się w innym świecie. Jej umysł nie jest w stanie skupić się na wielokrotnie złożonych zdaniach, dlatego najlepiej nic nie mówić, raczej słuchać.

  • Wody! (podać wodę).
  • Cukierek! (podać cukierka).
  • Ręka! (podać rękę).
  • Oszalałeś!?! (nie rozmawiać przez telefon, nawet jeżeli poród tak naprawdę jeszcze się nie zaczał).

W ten sposób w miarę możliwości dopasujecie się i obydwoje przeżyjecie poród. Potem być może przeżyjecie zawał serca jak położna weźmie Waszego potomka w ręce a on nie da znaku życia i będzie całkowicie wiotki.

  • Jezu! Czy on żyje!?! (zapytała Ola – ja bałem się zapytać).

Położna położyła go w jednym ręku, klepnęła kilka razy w pupę i plecy, przerzuciła do drugiej ręki, zrobiła to samo i….

  • Ech, ech…

Ufffff….. Żyje…

Jedni mówią, że to najpiękniejszy moment w życiu. Inni wiedzą, że coś się na zawsze skończyło. Jedno jest pewne – patrzysz na swoje dziecko nie wierząc, że kilka miesięcy wcześniej było małą fasolką powodującą mdłości mamy i wiesz, że właśnie zacząłeś być dorosły – bo jesteś teraz za nie odpowiedzialny.

Ola

Obiektywnie rzecz biorąc mój poród nie należał do najgorszych i zdaję sobie sprawę, że bardzo wiele kobiet przechodziło przez dużo większe męczarnie. Mimo to musiało minąć sześć miesięcy, żebym przestała pamiętać ból porodowy.

Gdybym miała opisać przeżycie wydawania dziecka na świat jednym słowem, to byłby to właśnie „ból”.
 Czemu o tym piszę? Czy poród nie był dla mnie wspaniałym mistycznym przeżyciem?

Moim celem nie jest straszenie nikogo ani zniechęcanie do posiadania dzieci. Z perspektywy czasu już wiem, że jeśli ceną za pojawienie się na świecie naszego synka było tak straszne doświadczenie to trudno – jestem skłonna przejść przez to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz…

Bingi jest cudowny, jest moim szczęściem. Jego poród nie był natomiast ani mistyczny ani wspaniały.
 Był wywołany farmakologicznie w bardzo mało romantyczny sposób i podtrzymywany przez ciągłe dożylne podawanie oksytocyny.

Byłam bardzo mocno nastawiona na poród w Domu Narodzin. Miało być 100% natury i zero farmakologii. Marzyłam o pierwotnym, cudownym przeżyciu, które samo w sobie będzie w przyszłości miłym wspomnieniem.

Cóż, rzeczywistość była zupełnie odwrotna. Dwa tygodnie przed porodem trafiłam na patologię ciąży. Potem było już tylko gorzej. Cztery dni trwały próby wywołania porodu – cewnik Foleya, oksytocyna, oksytocyna i jeszcze raz oksytocyna a na koniec przebicie pęcherza płodowego (to akurat nie boli). W końcu nastąpił wyczekiwany moment- ruszyła akcja porodowa.

Pani położna proponowała mi różne naturalne sposoby na zmniejszenie bólu. Najpierw przez dwie godziny leżałam w wannie z ciepłą wodą. To była w moim przypadku kompletna pomyłka – odczuwałam skurcze silniej niż poza nią.

Później stałam opierając się o Michała a on miał przykładać mi worek z gorącymi pestkami wiśni do pleców. W pewnym momencie chyba wyrwałam mu go z ręki i cisnęłam gdzieś w kąt.

Potem miałam skakać na piłce. Po dwóch podskokach uciekłam z niej, bo tylko wzmagała ból. Najlepiej czułam się po prostu stojąc i opierając się o Michała.

W pewnym momencie dostałam takich skurczów, że byłam pewna, że zaraz umrę. Zaczęłam błagać o znieczulenie albo śmierć. Na znieczulenie było już za późno – Bingi właśnie przychodził na świat.

Jak położne położyły mi go na brzuchu świat się zatrzymał. Dosłownie. Byliśmy tylko my troje. Mama, tata i syn. I to było cudowne, najpiękniejsze przeżycie.

Już teraz – po pół roku – wiem, że dam radę przeżyć ten ból jeszcze nie jeden raz,  jeżeli oczywiście będzie nam dane mieć więcej dzieci. Jednak nie od razu miałam taką pewność. Dwa, trzy miesiące po porodzie byłam przekonana, że Bingi będzie jedynakiem. Zwłaszcza, że przez pierwsze dwa miesiące jego życia w ogóle nie spałam… ale o tym innym razem.

© 2016 Bingi.pl

Theme by Anders NorenUp ↑